Poranek (4 lipca) w stolicy Ukrainy nie przyniósł spokoju ani wytchnienia. Miasto obudziło się w gryzącym zapachu dymu – zapachu, którego nie da się pomylić z niczym innym. To zapach wojny. Zapach kolejnej nocy rosyjskiego terroru, który po raz kolejny rozerwał niebo nad Kijowem.
W wyniku nocnego ataku powietrznego rannych zostało co najmniej 23 osoby, z czego 14 trafiło do szpitali. Miasto zadrżało od potężnych wybuchów, a niebo rozświetliły płomienie i spadające szczątki zestrzelonych rakiet. W ogniu stanęły kolejne budynki. Po raz kolejny – zniszczenia, pożary, strach i rozpacz.
Nie tylko Kijów ucierpiał. Również obwód kijowski odczuł brutalną siłę uderzenia – w pięciu rejonach regionu odnotowano skutki ostrzału, zniszczenia miały miejsce aż w jedenastu lokalizacjach. W rejonach buczańskim i fastowskim uszkodzone zostały budynki mieszkalne wielorodzinne.
Liczby nie oddają bólu, ale zadają ważne pytania: Ile jeszcze musi być takich „ile”, by świat w końcu nazwał rzeczy po imieniu? Ile jeszcze zrujnowanych domów trzeba, by przestać mówić o „przypadkowych stratach”? Ile dzieci musi jeszcze budzić się w nocy ze słowami „boję się”, by świat zaczął działać, a nie tylko współczuć?
Tymczasem Kijów i okolice próbują się pozbierać. Znowu. Po raz kolejny zszywają dzień z tego, co ocalało po nocy.
www.zozpu.org

















